Liturgia Słowa

Świadectwa kleryków

Świadectwo powołania                                                                                                                       

 

Nazywam się Mateusz i jestem klerykiem pierwszego roku. Pochodzę z Jeleniej Góry z parafii pw. Św. Wojciecha i chciałbym tutaj podzielić się moim świadectwem powołania.

 

Kiedy otrzymałem powołanie? Ja wierzę w słowa Pisma Świętego, które mówią „Już w łonie matki Cię powołałem”. Moje powołanie było oczywiście zapisane już od początku czasów, jednak odkryć je, to zupełnie inna sprawa.


Już jako małe dziecko odkrywałem tajemnice wiary, a raczej były mi one odkrywane przez Mamę, Babcię i Dziadka. Mama była tą osobą, która jako pierwsza wprowadziła mnie do Kościoła i można powiedzieć, że to ona była moją pierwszą katechetką. Kiedy miałem 3 lata moja mama rozstała się z tatą i razem przeprowadziliśmy się do babci i dziadka. To właśnie oni pogłębili i utwierdzili moją dziecięcą wiarę. Pamiętam, że już jako małe dziecko zawsze stawałem w obronie wiary i Boga. Potwierdzeniem tego, może być sytuacja, która wydarzyła się w przedszkolu, kiedy razem z kolegą wykłócaliśmy się o to, jak powstał świat. On wykrzykiwał wtedy argumenty „teorii wielkiego wybuchu” natomiast ja głośno wykrzykiwałem opis świata, który znajduje się w Księdze Rodzaju nie wiedząc, jeszcze wtedy, że opis ten wcale nie wyklucza teorii naukowych.

 

Ważnym dla mnie i mojej wiary okresem była druga klasa szkoły podstawowej, kiedy przygotowywałem się do przyjęcia I Komunii Świętej, a zaraz po tym sakramencie dołączyłem do wspólnoty ministrantów. Od tego momentu moje życie wyglądało zupełnie inaczej, ponieważ zacząłem przygotowywać sobie plan dnia w oparciu o Boga, o dyżury na Mszach porannych i wieczornych i różnych nabożeństwach. Był to okres rozkwitu mojej wiary  i duchowości. W tym okresie tez zacząłem bardzo poważnie, jak na 8 letnie dziecko przystało, myśleć o swojej przyszłości, a konkretnie o kapłaństwie. Wszystkim w szkole mówiłem, że  w przyszłości zostanę księdzem, a kiedy wracałem do domu, ubierałem się w komżę i „odprawiałem” Mszę dla pluszaków. Bardzo fascynowałem się Kościołem jako wspólnotą wiernych, którzy są dla siebie mili, uprzejmi i okazują sobie nawzajem braterską miłość. Wielkim przykładem był też dla mnie ksiądz, który przygotowywał mnie do I Komunii Świętej i opiekował się grupą ministrantów w mojej parafii. Aktywnie brałem udział w zbiórkach, ministranckich wyjazdach i zawodach sportowych i bardzo fascynowałem się życiem Kościoła.

Kolejnym etapem w moim życiu był okres, kiedy razem z mamą przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania. Moja rodzicielka zawsze bardzo mi ufała toteż w ciężkim dla mnie okresie nauki, jako że chodziłem do dwóch szkół naraz: Szkoły Podstawowej i Szkoły Muzycznej I stopnia, pozwalała mi spędzać więcej czasu w domu ucząc się, czy ćwicząc na skrzypcach, zaniedbując przy okazji dyżury ministranckie. Przez słabszy kontakt z Kościołem moja wiara zaczęła słabnąć. Pod koniec IV klasy szkoły podstawowej wystąpiłem z ministrantów i w efekcie przestałem chodzić na Msze Święte w tygodniu i na nabożeństwa. Do kościoła chodziłem już tylko w niedzielę. Jako, że moja mama dużo pracowała, również w niedzielę to zawsze sam szedłem na Msze Świętą, przez co prawie zawsze się spóźniałem, czasami nawet celowo, żeby Msza trwała dla mnie krócej. Zawsze stawałem na samym końcu kościoła, pod chórem i wychodziłem zaraz po błogosławieństwie. Coraz rzadziej też przystępowałem do Komunii.  Babcia i dziadek bardzo często mnie napominali i próbowali na nowo obudzić we mnie wiarę, jednak ja cały czas trwałem przy swoim.

 

W I klasie gimnazjum zacząłem przygotowywać się do sakramentu bierzmowania, ale tylko po to, żeby zadowolić babcię i dziadka i zdobyć papierek, żeby potem w dorosłym życiu nie mieć problemu przy okazji np. sakramentu małżeństwa. Jednak kolejny etap w moim życiu zapoczątkowała dopiero śmierć owego dziadka, który przez większość mojego życia zastępował mi ojca. Stało się to w „tłusty czwartek”, 11 lutego 2010 roku. Śmierć ta przyszła nagle, dlatego była dla mnie i mojej rodziny wielkim szokiem. Tak dużym, że nawet nie zdałem sobie sprawy, kiedy zacząłem chodzić na Msze Gregoriańskie, czyli 30 Mszy Świętych w intencji zmarłego, które odbywały się dzień po dniu. Był to okres kiedy na nowo zaczęła się we mnie rozbudzać wiara, ale przełomowym momentem był dla mnie okres Wielkanocy. Na jednym ze spotkań kandydatów do Bierzmowania, na tydzień przed Wielkanocą, ksiądz, który nas przygotowywał zapytał, czy ktoś chciałby przeczytać czytanie podczas Wigilii Paschalnej. Nie wiedziałem dlaczego, ale moja ręką, tak jakby sama się wtedy uniosła. Zgłosiłem się do tej funkcji, bo pamiętałem, że kiedyś czytałem czytanie na rocznicę komunii i że dobrze mi wtedy poszło. Jako, że zawsze byłem nieśmiały to zadziwiło mnie to podniesienie ręki, jednak teraz wiem, że kierował wtedy mną Duch Święty. W trakcie Wielkiego Tygodnia poszedłem po Mszy do zakrystii, aby przećwiczyć sobie to czytanie i wtedy ksiądz, który pamiętał jeszcze czasy mojego służenia do Mszy zapytał, czy nie chciałbym przeczytać tego czytania w komży służąc do Mszy. Zgodziłem się i od tego momentu wszystko na nowo zaczęło kierować moje życie do Boga. Chodziłem na zbiórki i służyłem podczas trwania całego Triduum Paschalnego. Zostałem w gronie ministrantów tak miło przyjęty, że postanowiłem na nowo wrócić do tej wspólnoty. Rozpocząłem również kurs na lektora i jeszcze w tym samym roku zostałem nim ustanowiony. Bardzo aktywnie zaangażowałem się we wspólnotę ministrantów i byłem bardzo gorliwy mimo, że brakowało mi czasu, ponieważ w tym czasie kontynuowałem naukę w Szkole Muzycznej II stopnia grając na altówce.

Zacząłem na nowo budować moją wiarę już na dojrzalszym i trwalszym fundamencie. Dwa lata później ukończyłem również kurs na ceremoniarza i zacząłem bardzo żarliwie dbać o liturgię w mojej parafii i jej przygotowanie. Prowadziłem również zbiórki dla ministrantów młodszych i pomagałem w ich formacji.

 

 

W liceum na nowo wróciła myśl o kapłaństwie. Wiązałem swoją przyszłość z muzyką, lub informatyką. Jednak myśl o seminarium zaczęła mi się wydawać najlepszym wyjściem. Wolałem jednak nie mówić o tym nikomu i czekać na rozwój sytuacji. W I klasie liceum po raz pierwszy pojechałem na rekolekcje powołaniowe do Wyższego Seminarium Duchownego. Są to rekolekcje dla młodzieży męskiej prowadzone w budynku naszego seminarium, gdzie uczestnik może niejako „zasmakować” seminaryjnego trybu życia. Od tego czasu jeździłem na te rekolekcje co roku. W trzeciej klasie liceum, kiedy matura zaczęła zbliżać się wielkimi krokami, a z nią i obrona dyplomu w szkole muzycznej ja nie wiedziałem jeszcze jaką drogę mam wybrać. Wszyscy w mojej klasie wiedzieli już kim chcą zostać lub chociaż na jakiej uczelni będą studiować, a ja jeszcze nie mogłem się zdecydować. W styczniu, jak co roku, przyjechałem na rekolekcje powołaniowe i już pierwszego dnia, modląc się w kaplicy naszła mnie myśl „To jest moje miejsce”. Od tego czasu byłem już pewien swojego wyboru, ale nadal się nim nikomu nie chwaliłem. W kwietniu postanowiłem w końcu wyjawić swoją decyzję mojej mamie. Usłyszałem wtedy „Synu, Ty wiesz, że bardzo Cię kocham i że we wszystkim będę Cię popierała”. Słowa te były dla mnie wielkim pokrzepieniem i utwierdzeniem w mojej decyzji. Większość moich znajomych, kiedy dowiadywała się o mojej decyzji była zaskoczona. Moi przyjaciele odradzali mi tą drogę, jednak ja się tym nie zniechęciłem. Zdałem maturę bardzo dobrze, obroniłem również dyplom w szkole muzycznej i stałem się muzykiem – instrumentalistą, ze specjalizacją w dziedzinie altówki. Jednak już nic nie było w stanie zmienić mojej decyzji. Złożyłem dokumenty do seminarium,  zostałem przyjęty i teraz tutaj w Wyższym Seminarium Duchownym Diecezji Legnickiej, już jako kleryk odkrywam i umacniam swoje powołanie.

Za to wszystko chwała Panu!


Powołany aby głosić

Pierwszy raz na poważnie o wstąpieniu do Seminarium pomyślałem w trzeciej klasie gimnazjum, kiedy przygotowywałem się do Bierzmowania. Wtedy już służyłem przy ołtarzu jako ministrant, później jako lektor. Życie Kościoła pozytywnie mnie przyciągało.

 

 

Teraz z perspektywy tego niedługiego czasu nauki w szkole gimnazjalnej i średniej widzę jak Bóg działał i działa w moim życiu. Nie miałem Objawienia, w którym Jezus przyszedłby i powiedział: „Norbercie, pójdź za Mną”. Był to raczej delikatny głos, dochodzący z głębi serca, który przygotowywał mnie powoli do decyzji, która okazuje się dla mnie Opatrznościowa. Gdybym miał dzisiaj podejmować na nowo decyzję, jeszcze raz o wstąpieniu do Seminarium, nie zawahałbym się podjąć tej samej. Dzisiaj jestem na trzecim roku studiów i formacji w Wyższym Seminarium Duchownym Diecezji Legnickiej. To jak Bóg prowadził mnie do tego właśnie miejsca było tylko „wstępem”. Teraz Bóg w moim życiu jeszcze bardziej okazuje całe bogactwo Swojej łaski. Prowadzi mnie, naucza, zachęca do wiary, a przede wszystkim kocha.

 

Tego, że Bóg mnie kocha nie widziałem wcześniej tak wyraźnie. Będąc w Seminarium przekonuję się z dnia na dzień, że „mam Kogoś kto mnie bezgranicznie kocha”, a raczej „On – Bóg ma mnie – osobę, którą od początku ukochał, umiłował”.

Chcę dzielić się z Wami tym, czego Bóg dokonuje w moim życiu. Sam nie ułożyłbym sobie tak planu mojego życia, planu każdego dnia, jak ułożył go Bóg. Nie zrealizowałbym tylu pięknych dzieł w służbie wobec wspólnoty, drugiego człowieka, gdyby nie Bóg. Nie udałoby mi się przeżyć tego wszystkiego, co przeżyłem, gdybym plan swojego życia układał sam, w pojedynkę. Dzisiaj wiem, że Bóg jest ze mną. Pomimo przeciwności, pomimo trudności On jest ze mną i mnie dobrze prowadzi. Prowadzi mnie pewną drogą – drogą zbawienia – drogą Kościoła, który jest jeden, prawdziwy, autentycznie pochodzący od Chrystusa. Jestem w Kościele założonym przez Jedynego Pana i Zbawiciela, służę Jemu i Jego dzieciom. To wielka radość odkrycia tych prawd. Dodatkowo odkrywam prawdę, że jestem dzieckiem Boga, jestem synem Boga. Czy coś mi jeszcze więcej potrzeba? On mną się opiekuje, On mnie strzeże. Dlatego dzisiaj, tu i teraz, pragnę dalej żyć jak dziecko w ufności mimo przeciwności, w wierze i prawdziwej miłości. Chcę dalej skupiać się na Bogu, a nie na sobie. Chcę być dla innych sługą - grzesznym, ale dążącym do doskonałości, do świętości sługą, którego potrzebuje dzisiejszy świat. Dzisiejszy świat potrzebuje Boga, potrzebuje świętych kapłanów, wypełniających Jego wolę. Kapłan jest widzialnym znakiem obecności Boga. I nawet gdyby ktoś dzisiaj zapytał mnie: czy pragniesz być takim znakiem? Odpowiadam: Tak, pragnę.

 

kl. Norbert

 

Niełatwa odpowiedź ...

 

Pochodzę z Lubomierza, przepięknego małego miasteczka. Tam chodziłem najpierw do szkoły podstawowej, potem do gimnazjum. Od najmłodszych lat czasami myślałem o kapłaństwie, chociaż w sumie jakoś niespecjalnie czułem, że to może być moja droga. Po zakończeniu gimnazjum przyszło mi do głowy, żeby może zacząć formację w Niższym Seminarium Duchownym, ale mój zaprzyjaźniony ksiądz, który był proboszczem w Lubomierzu przez 11 lat i bardzo zafascynował mnie kapłaństwem, powiedział mi: ,,Idź do normalnego liceum, znajdź sobie dziewczynę, a potem porozmawiamy dalej o twoim powołaniu". I w tym momencie myśl o powołaniu stała się bardzo odległa, a nawet zanikła później, bo na początku liceum poznałem dziewczynę. Byłem zakochany, szczęśliwy i zacząłem nawet myśleć poważnie o małżeństwie. Czy zatem koniec z kapłaństwem?

Zdałem maturę, dostałem się na upragnione studia - biotechnologia na Politechnice Wrocławskiej. Na wakacjach trochę pracowałem i tak jakoś czas płynął. Ale dziwna rzecz, dokładnie w pierwszy czwartek sierpnia budzę się rano i pierwszą myślą jest: ,,idę do seminarium". Ale o co chodzi? Jak oprzytomniałem trochę, pomyślałem: ,,Ale jak do seminarium, przecież idę na Polibudę, mam dziewczynę? Skąd seminarium?" Ale to już, jakby zasiane w mojej głowie, nie dawało mi spokoju. Rozmawiałem o tym z ,,moim" księdzem i tak jakoś wyszło, że jednak postanowiłem pójść. Było strasznie ciężko, bo przecież całkiem co innego planowałem, więc dziewczyna, rodzice, babcia.ale jakoś przekonałem wszystkich. Nie było to łatwe i nie wszyscy się z tego pomysłu cieszyli, a najgorsze, że ja sam do końca się z tym nie pogodziłem i tak trochę wisiałem między ,,normalnym" życiem, które mam zostawić, a drogą kapłańską, którą zaczynałem iść.

Pod koniec września pożegnałem się ze znajomymi i poszedłem do seminarium na pierwszy rok studiów. Ale nie mogłem się odnaleźć jakoś, ciągle myślałem o tym, co zostawiłem, czego już nie będę mógł itd. Nie dałem rady. Po trzech dniach powiedziałem rodzicom i księdzu Prefektowi, że wychodzę, wracam do domu. Było ogólne zaskoczenie dla wszystkich, a dla rodziców wielki ból. Ale wróciłem, poszedłem na studia, z których wcześniej nie zabrałem papierów (na wszelki wypadek - taka furtka).

Teraz nastąpił czas studiowania na Politechnice. Biotechnologia - chemia, biologia - moje ulubione przedmioty. ,,To jest to" - pomyślałem. Nawet całkiem nieźle mi szło, zdałem pierwszą sesję bez większych problemów. Wszystko się pięknie układało, tylko jeden drobny szczegół - ciągle w głowie myśl: ,,To nie jest twoje miejsce". Na początku gdzieś ją odsuwałem, ale ciągle wracała. Zbliżała się druga sesja na Polibudzie. Pewnego dnia już nie wytrzymałem, rano wstałem, upadłem na kolana i powiedziałem w całkowitej desperacji: ,,Albo dziś dostaję znak taki, żebym nie miał wątpliwości, albo więcej o kapłaństwie nie pomyślę!". Oczywiście byłem przekonany, że takiego znaku nie dostanę i w końcu będę miał spokój. Ale.tego samego dnia wieczorem rozmawiam z niedawno poznaną koleżanką. Ona zaczyna rozmowę od słów: ,,Miałam strasznie dziwny sen, śniło mi się, że byłeś ubrany w sutannę, nie wiem skąd to.". Ja jednak już wiedziałem, skończyły się z tą chwilą wątpliwości. Następnego dnia zacząłem już starania o ponowne dostanie się do seminarium. Nie było łatwo, rodzice nawet nie chcieli o tym słyszeć, proboszcz (nie ten co wcześniej) też był bardzo zły na mnie. Dostałem drugą szansę od Jezusa i Przełożonych WSD w Legnicy, za co jestem ogromnie wdzięczny. Głos powołania raz usłyszany zostaje na zawsze. Nie bójcie się odpowiedzieć, bo to dla Was jedyna szansa na szczęście w życiu. Powodzenia.


kl. Łukasz
"Czy chcesz...?"

 

Chyba każda osoba powołana, stająca przed pytaniem o źródła swojej życiowej drogi odczuwa pewne zakłopotanie. Jak za pomocą słów, tak często słabych i małych, wyrazić choć część tej rzeczywistości, jaka kryje się w każdym Bożym wezwaniu i w odpowiedzi na nie? A jednak trzeba wciąż na nowo dawać świadectwo, świadectwo wobec tych, dla których powołanie to tylko taka kościelna nazwa "zawodu księdza", zawodu nie lepszego i nie gorszego od innych, trzeba dawać świadectwo wobec tych, którzy nie wierzą już, że dziś można jeszcze usłyszeć Boży głos w przestrzeni własnego życia, że można Go spotkać...

Kiedy zapragnąłem zostać księdzem? Po raz pierwszy chyba gdzieś w VIII klasie szkoły podstawowej. Wpierw była jedna z wielu Mszy świętych i pytanie, które pojawiło się we mnie w trakcie jej sprawowania. Byłem wtedy ministrantem. Popatrzyłem na ołtarz, na kapłana przy nim stojącego, na jego ręce złożone na ołtarzu, tuż obok pateny i kielicha, i zapytałem siebie czy i ja tak bym nie mógł? Oczywiście, że mógłbym. Ale czy chcę?

I tak to się zaczęło. Ziarno rzucone w ziemię zaczęło kiełkować. To pytanie czy chcę?, a właściwie czy chcesz?(!) zaczęło mi stale towarzyszyć. Odpowiedzi na nie bywały różne, wiadomo - przed tą decydującą, wiążącą odpowiedzią jest zawsze wiele wątpliwości także niekiedy załamań, zniechęceń. Ale kiedy po maturze przyszedł czas odpowiedzi, odpowiedź mogła być już tylko jedna - tak, chcę! oto ja, poślij mnie! Gdy próbuję zebrać w jakąś całość ten mój trud szukania własnego powołania (chociaż takie podsumowania są zawsze tylko próbą niewspółmierną do rzeczywistości), dostrzegam, że tym, co zaważyło na mojej decyzji wstąpienia do seminarium był zachwyt Eucharystią, miłość Kościoła (tak, kocham mój Kościół!) i jakieś głębokie, wewnętrzne przekonanie, że jedyne co na tym świecie warto, to żyć z Bogiem i dla Boga. Ważne było też świadectwo wiary i posługi wielu księży, z którymi miałem kontakt. Na swojej drodze spotkałem też, i nadal spotykam, wielu ludzi świeckich, którzy dają wspaniały wprost, przykład wiary i codziennej, nieustannej wierności Bogu. To wszystko naprawdę umacnia na własnej drodze do Boga.

Obecnie jestem na V roku formacji w seminarium duchownym. Przede mną jeszcze daleka i wcale nieoczywista droga. Każdego dnia muszę uczyć się zaufania Bożej miłości i ciągłego pamiętania o tym, że tylko wtedy, gdy na Jezusowe pytanie: "Danielu, czy miłujesz mnie więcej aniżeli ci?", będę w stanie całym sobą odpowiedzieć: "Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham", że tylko wtedy będę mógł usłyszeć: "Paś owce moje!" Tylko wtedy.


kl. Daniel
Moje powołanie

 

Nigdy nie chciałem być księdzem. Myśl o powołaniu wydawała mi się czymś śmiesznym, nierealnym, jakby w ogóle mnie nie dotyczącym. Chociaż od dziecka byłem ministrantem, a moi rodzice wychowywali mnie w miłości do Boga i Kościoła, to myśl, że mógłbym zostać kapłanem wydawała mi się straszna. Nie wyobrażałem sobie życia w samotności, samemu, bez osoby, o której wiem, że zawsze będzie przy mnie. Dlatego kapłaństwo wydawało mi się czymś nierealnym, nienaturalnym, przez to, że wymagało rezygnacji z czegoś, z czego zrezygnować nie byłem w stanie, nawet nie wyobrażałem sobie tego. Odrzuciłem więc myśl, że mogę być powołany do kapłaństwa. Kiedy jednak od czasu do czasu maleńka myśl o powołaniu próbowała wracać, nie wahałem zwracać się do Boga w modlitwie: "Nie mam powołania, bo pragnę mieć rodzinę. Nie mam powołania, bo boję się samotności. Zabierz ode mnie te myśli, bo nie chcę mieć powołania, to nie dla mnie.gdym się tak nie bał samotności.". Porzuciłem więc myśl o powołaniu.

Kiedy byłem w drugiej klasie technikum wszystko zaczęło się zmieniać. Pewnego razu obudziłem się wcześnie rano, kiedy właśnie wschodziło słońce (mieszkam w górach, więc ten widok jest zawsze urzekający) i poczułem jakby ktoś wyciągał z mojego wnętrza cały strach przed samotnością. Mieszały się we mnie uczucia niepewności i ulgi. Kiedy wszystko się skończyło czułem się niezwykle lekki, pozbawiony tego, co związywało całą przyszłość. Z niezwykłą jasnością uświadamiałem sobie: "Skończyły mi się argumenty", a potem z wielką mocą i pewnością: "Będę księdzem". Na tym powinna skończyć się ta historia, lecz mimo tak klarownego doświadczenia powołania, wiele razy jeszcze uciekałem.

Potem spotkałem wspaniałą dziewczynę i stanąłem wobec wyboru: z jednej strony miałem doświadczenie dotykalnej interwencji Boga, który powołuje, a z drugiej myślałem sobie: "Może to jednak nie ta droga, może jednak moje powołanie jest inne, przecież to nie przypadek, że spotkaliśmy się właśnie teraz". Wybrałem drugą drogę. i pomyliłem się.

Dobrze było być z drugą osobą, wspólnie spędzać czas, dzielić zainteresowania i pasje, smutki i radości, ale to nie było to! Coraz mocniej czułem, że to jednak nie moja droga, że powinna być inna. Dziś już wiem, że powołanie i Pan Bóg przypominali kierunek, wtedy jednak nie byłem w stanie go dostrzec, po raz kolejny byłem głuchy na Boży głos. Trudno było pogodzić się z myślą, że podjąłem złą decyzję, że nie uszanowałem daru, którego zadatek już otrzymałem, podważyłem pewność, która była dotykalna. Jednak Pan Bóg jest nieskończenie cierpliwy i pozwala podejmować decyzje wolnej woli. Bardzo gorzkie było przyznanie się do niewierności Bogu. Lecz głos, który wciąż brzmiał w sercu: "Pójdź za mną" był coraz silniejszy - On mimo mojej zdrady, wciąż czeka i chce mieć u siebie.

Rozstałem się z moją dziewczyną w atmosferze życzliwości. Pozamykałem za sobą wszystkie nie załatwione sprawy. Zdałem matury i złożyłem podanie o przyjęcie do seminarium.

Obecnie jestem klerykiem III roku legnickiego seminarium i mam niezachwianą pewność, że idę właściwą drogą. Dziękuję Bogu za wszystkie doświadczenia przeszłości oraz za Jego wielką miłość i wierność w darze powołania, który raz dany nie może zostać odebrany, i pozostaje w sercu na zawsze. Dziękuję za każdy dzień kroczenia drogą powołania, bowiem jeszcze nie zdarzyła się taka chwila, kiedy żałowałbym wyboru. Bóg jest tak wielki, że realizuje swój plan, mimo trudów, przeciwności i oporu powołanego.

Jemu chwała na wieki!


kl. Tomasz

Kontakt

Wyższe Seminarium Duchowne
Diecezji Legnickiej


ul. Jana Pawla II nr 1

59-220 LEGNICA


tel.  (0-76) 724 - 41 - 25
fax: (0-76) 724 - 41 - 26
 


e-mail:

wsdlegnickie@gmail.com

 

 

 

konto:PKO S.A. O/Legnica
Nr 25124014731111000025217742

 

 

 

 

 


 Skrzynka intencji